Ulubione słowo naszego dziecka to NIE

W naszym życiu wszystko szło tak, jak powinno. Najpierw była szkoła, potem wylot z rodzinnego gniazda na studia i – jak przewidywała moja mama – strzał amora. Na tym samym piętrze akademika mieszkał Sławek, przystojny student geodezji. I wszystko potoczyło się lawinowo – przegadane noce, wspólne wyjazdy w góry, łapaliśmy marzenia i w końcu mieliśmy dyplomy w rękach. Potem oświadczyny w tatrzańskim schronisku i cichy, mały ślub, taki jak chcieliśmy. Dostaliśmy od życia dużo, ale prawdziwe szczęście dopiero miało nas spotkać. Jak to mówi moja teściowa – małżeństwo przyniosło swoje owoce. Poza naszym Radkiem oczu nie widzimy.

Zbudować dom, zasadzić drzewo… i posprzątać zabawki

Jak to jest wychowywać dziecko? – pytają czasami moje bezdzietne koleżanki ze studiów. Zawsze odpowiadam, że różnie. Czasami jest tak jak na morzu w trakcie sztormu, kiedy woda wlewa się na pokład, a my ratujemy sytuację, bo jesteśmy spóźnieni, mały nie jadł, a bałagan to stan permanentny. Ale jest też radość, tak wielka, że nie da się jej zmierzyć. Nasz potomek nas nie oszczędzał, karmienie w nocy co 3 godziny sprawiło, że żyliśmy na wpół śpiąc. Ale przebrnęliśmy to i idziemy dalej. Nasz maluszek stawia pierwsze kroki, zaczyna z nami chodzić. Sławek przyznał, że jest wielkim szczęściarzem. W końcu zbudował dom, zasadził drzewo, spłodził syna, a ja… sprzątam zabawki, gotuję i cieszę się moją rodziną.

Kiedy powie „mama”?

Ponoć mama zawsze zrozumie swoje dziecko, nawet wtedy, kiedy potrzeby są artykułowane przez płacz, gaworzenie i „gaganie”. Kiedyś wydawało mi się to sztuczką na miarę Davida Copperfilda, ale od jakiegoś czasu magiczne triki to moja specjalność. Radek wymawiał już samogłoski, wydawał nieokreślone dźwięki, aż kiedyś, układając klocki, wypalił MAMA! Ja zrobiłam duże oczy, łzy zaczęły się cisnąć do oczu, nagrałam szybko filmik (w końcu do czegoś te smartfony się przydają) i wysłałam Sławkowi, rodzicom, przyjaciołom. Jak się później okazało za „mamą” poszły ekspresowo kolejne słowa. Nasz syn rósł i miało to swoje odzwierciedlenie nie tylko w ilości wyrzucanej z szafek odzieży, ale także w jakości naszych rozmów. Prowadziliśmy ożywione dysputy z naszym 2,5-latkiem o bajach, kowach u baby (teściowie mają gospodarstwo) i mieśku, czyli mięsie, którego wielkim fanem stał się Radek. Wszystko szło jak po maśle, dopóki nasz synek nie poznał znaczenia słowa „nie”.

Czarnoksiężnik z krainy „NIE”

Na pytania można odpowiadać „tak” lub „nie” i nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nasze dziecko z taką lubością nie odpowiadało za każdym razem „nie”. Na początku przypominało to zabawę, swoją drogą bardzo nieśmieszną. Ja pytałam czy on zje jabłuszko, a Radek – nie! Prosiłam, by posprzątał zabawki, a Radek – nie! Mówiłam, by podzielił się koparką z kolegą w piaskownicy, a on ciągle – nie! nie! nie! Poznał siłę własnego zdania, przypierając nas, dwoje 36-latków, do ściany. Zrobił to perfekcyjnie, jak czarnoksiężnik, w którego krainie panują jego własne zasady.

Young Attractive Parents and Child Portrait

Ale czapkę to ty musisz założyć

Co zrobić, kiedy 3-latek nie ubierze czapeczki czy bucików, a my musimy wychodzić? Prośby nie pomagały, a zdenerwowanie i krzyk przynosiły jeszcze gorsze skutki. Sytuacje powtarzały się, a każde pytanie i prośba kończyły się tą samą odpowiedzią. Teściowa podpowiedziała, że nie możemy pozwolić, by malec w tym wieku wchodził nam na głowę. Nie chcieliśmy jednak stosować reguł, według których nas wychowywano – że rodzic ma bezwzględną rację, a bycie posłusznym dzieckiem to obowiązek. Koleżanki mówiły z kolei sporo o bezstresowym wychowaniu, że to dobre dla dziecka, że można mu pozwolić decydować za siebie, że w Skandynawii to standard, że krzykiem nic nie osiągniemy. Racja – krzykiem nie osiągniemy nic, ale czapeczkę trzeba przecież założyć.

Rozmawiamy, nie wymuszamy

Czy pomiędzy dwoma biegunami – wychowania karnego i bezstresowego – istnieje trzecia droga? Postanowiliśmy w tej sprawie zwrócić się do specjalisty, a konkretnie specjalistki i pasjonatki psychologii dziecięcej. To dawna znajoma Sławka ze studiów, jeszcze z czasów sprzed znajomości ze mną.

Zaprzyjaźniona pani psycholog doradziła nam, aby po pierwsze respektować potrzeby dziecka, a po drugie – nie rozkazywać mu, ale próbować je zrozumieć. To będzie wyraźny sygnał, że słuchamy go i nie narzucamy swojej woli. W teorii brzmiało przekonująco, ale obawiałam się tego, co pokaże praktyka.

Okazało się, że było warto zapytać specjalistkę o poradę. Kiedy nasz Radek nie chciał posprzątać zabawek w pokoju, zamiast mówić – Radziu, mama tak ładnie ciebie prosi, zaproponowałam, że pobawię się z nim chwilę, a potem posprząta zabawki. Słysząc z ust Radka słowo dobrze, prawie oszalałam z radości. To był  początek nowej drogi w naszym komunikowaniu się, wyrażaniu swoich potrzeb i  znajdowania sposobów ich realizacji.

Nasza przeprawa ze zbuntowanym trzylatkiem nie była łatwa. Teraz staramy się przede wszystkim poznać i zrozumieć potrzeby synka. Oczywiście to nie bajka i nie wszystko idzie zawsze po naszej myśli. Staliśmy się mistrzami mediacji, nasz synek polubił słowo „tak”, a komentarzy w parku od starszych pań o niegrzecznym chłopcu już nie słyszymy.