Jak założyłam kawiarnię dla młodych mam

Już niemal 3 lata minęły od momentu, gdy na świat przyszła Mati – moja pierwsza córka. Od tego czasu zmieniło się wszystko i to nie tylko dlatego, że zostałam matką. Niedługo potem założyłam też własny biznes. Moja kawiarnia dla mam i dzieci prosperuje do dziś – oto historia jej powstania.

Mama i dziecko, czyli preludium do kawiarni

Matylda urodziła się w styczniu. Maciek, mój mąż, odebrał nas ze szpitala i w ten sposób zaczął się kolejny rozdział naszego życia. Niemal każdego dnia ktoś wpadał do nas z wizytą – w pierwszej kolejności oczywiście moja mama, potem rodzice Maćka, siostra, brat, kuzynka, która miała rodzić lada dzień, moja najlepsza kumpela, sąsiadka, szef Maćka. Dopóki wiosna nie zaczęła się na dobre, właściwie siedziałam z małą w domu – od czasu do czasu wychodziłyśmy na mały spacer. W miarę jak zaczęło się robić coraz cieplej a mała rosła, coraz więcej czasu spędzałyśmy na świeżym powietrzu – a to na naszej działce, a to na małym osiedlowym placu zabaw – tam właśnie poznałam kilka mam z równie krótkim stażem, co ja, z którymi szybko nawiązałam koleżeńskie stosunki. W końcu stworzyłyśmy razem niezłą paczkę. Stanowiłyśmy taki klub młodych matek – nasze maluchy babrały się piaskownicy, a my gadałyśmy o trzydniówce, kupie, wysypce, wózku, znów kupie, praniu, spaniu, niespaniu i wszystkich innych aspektach macierzyńskiego życia.

W czasie deszczu dzieci się nudzą, a mamy stają na głowie

Nieraz zdarzało się, że umówione z dziewczynami spotkania w parku nie wypalały – raz było za zimno, raz za mocno wiało, a czasami lało jak z cebra. Niby nic to – zrobię pranie, zmienię pościel, pozmywam, umyję podłogę, ugotuje porządny obiad. I może by tak było, gdyby nie fakt, że coraz starsza Mati miała w sobie niespożytą energię – ostatecznie całe dnie spędzałyśmy w domu na zabawie (dla mnie największą było ich wymyślanie), a od czasu do czasu wybierałyśmy się do kogoś w odwiedziny. O zbliżającej się jesieni i zimie wolałam nawet nie myśleć. Czy my całą zimę spędzimy w domu? Moje pokłady kreatywności już są na wyczerpaniu – marudziłam dziewczynom.

Historia spotkania w kawiarni rodziców z małymi dziećmi

W pewną jesienną sobotę mieliśmy zaplanowane rodzinne spotkanie towarzyskie (dzisiaj takie spotkania mamy prawie co wieczór J) w kawiarni w rynku – w końcu nie można wiecznie siedzieć z dzieciakiem w domu albo podrzucać go dziadkom, gdy chce się wyjść. Przy zarezerwowanych stolikach zmieściło się grono naszych bliższych lub dalszych znajomych, w tym kilkoro z nich wraz z dziećmi. Szybko okazało się, że warunków do spotkań z dziećmi – a przynajmniej takimi małymi jak Mati – z pewnością tam nie ma. Mała non stop się kręciła, wycierała podłogę, uciekała, a zła, że nie mogła robić tego, co chce, ryczała jak bóbr – Boże, czego to ona nie robiła (zresztą nie tylko ona). Dobrze, że na tę okoliczność założyliśmy jej pampersa, bo chyba przewijałabym ją na desce sedesowej w toalecie – przewijaka tam oczywiście nie było. Owszem, zjadłam pyszne ciasto marchewkowe, ale poza tym nie zaliczyłam spotkania do udanych.

– Nigdy więcej – powiedziałam Maćkowi, gdy wsiedliśmy do samochodu.

– Nigdy – odpowiedział, równie zdegustowany wieczorem spędzonym na pilnowaniu Matyldy zamiast na pogaduchach z kumplami.

Adorable smiling toddler girl at indoor cafe

Kawiarnia dla młodych mam – u nas takiej nie ma

Z ciekawości następnego dnia skorzystałam z pomocy wujka Google i postanowiłam poszukać miejsca lepiej przystosowanego dla dzieci.

– Byliśmy w sobotę w tej kawiarni na ryku z Matyldą i paroma znajomymi z dziećmi. Myślałam, że zwariuję. Ani gdzie połazić te dzieciaki nie mogły, ani się pobawić, ani usiąść.

– No wiem, wiem, u nas w ogóle nie ma takiego miejsca w mieście, żeby można było przyjść, puścić małego żeby się bawił, a samemu posiedzieć i pogadać – powiedziała Arletka, znajoma z piaskownicy, bardziej obyta niż ja.

– W sumie to dobry pomysł na biznes.

Yhyy, przytaknęłam w duchu, ale w ogóle nie przywiązałam uwagi do tych słów.

Powiedziałam wieczorem Markowi, że następnym razem musimy spotykać się po prostu w domu ze znajomymi, bo Arleta powiedziała, że w ogóle nie ma takiego miejsca u nas, sama też kiedyś to sprawdzała.

– I mógłby ktoś wpaść na pomysł, żeby taką kawiarnię założyć – dodałam.

– To załóż – powiedział Marek i – co najlepsze – zrobił to śmiertelnie poważnie, rzucając mi to swoje wyzywające spojrzenie.

Zakładanie własnej firmy, biznesplan, dotacja z urzędu i inne takie

Do tej pory pracowałam jako freelancer, łapiąc nawet najmniejsze zlecenia, ale nie ukrywam, że i tak to Maciek nas utrzymywał. Bardziej z ciekawości niż z zamiaru otwierania biznesu z prawdziwego zdarzenia zaczęłam interesować się tematem kawiarni dla dzieci. Im dalej w las, tym więcej grzybów – tak to się mówi? Im bardziej grzebałam na temat kawiarni dla mam z dziećmi, tym bardziej się wkręcałam. W tzw. międzyczasie obgadywałam temat z kumpelami z piaskownicy i wszystkie jednogłośnie stwierdziły, że takie miejsce by się u nas przydało.

– Otwieram kawiarnię dla mam – oznajmiłam poważnie Maćkowi.

– No to opowiadaj – zachęcił mnie i w ten sposób pół nocy przegadaliśmy na temat tego, jak założyć kawiarnię.

15174012 - couple feeding their child cake at cafe restaurant woman man

Maciek okazał się żyłą złota, jeśli chodzi o informacje – znał się na biznesie (w końcu zawodowo doradzał ludziom, jak go rozkręcać), potrafił racjonalnie myśleć, zwracać uwagę na rzeczy, o których ja bym nie pomyślała. Od razu powiedział, że powinniśmy (nie JA powinnam, tylko MY powinniśmy) postarać się o jakąś dotację, bo pieniędzy na to wszystko trzeba niemało. Ostatecznie dostałam ją! Widocznie wśród urzędników byli młodzi rodzice J

Nie zanudzając dłużej – idąc za radami szanownego Męża, wszystko zaplanowałam – lokal musi być w rynku, najlepiej taki, w którym był już kiedyś punkt gastronomiczny. Ułożenie stolików, miejsce na to, żeby wjechać z wózkami dziecięcymi, specjalne kąciki do zabawy dla dzieci, zabawki, przewijaki w toaletach (tu ciekawostka: jak się szybko okazało, musiałam umieścić przewijak także w toalecie męskiej, bo kawiarnia stała się miejscem nie tylko babskich, ale i męskich – w sensie tatusiowych – spotkań), odpowiedni wystrój, Wi-Fi, wyposażenie i menu dla dzieci i rodziców – to najważniejsze rzeczy, które musiałam przemyśleć.

19d0be05-b4eb-45b9-971c-e6748350544e

Kawiarnia dla mam – tak to było naprawdę

Wydaje się wam, że wszystko przyszło mi ot tak? Nic podobnego. Ile musiałam spędzić czasu w urzędach (z Mati w nosidełku) i namęczyć się z Sanepidem, to tylko ja wiem. Ile razy ryczałam do poduszki, bo byłam pewna, że porwałam się z motyką na słońce – to też wiem tylko ja (no i Maciek). Wyrywałam włosy z głowy, patrząc na listę wydatków z biznesplanu, podczas gdy oszczędności i pieniądze z dotacji rozchodziły się jak świeże bułeczki w piekarni na parterze naszego bloku. Byłam wiecznie niewyspana i zmęczona, stawałam na głowie, żeby spełnić wymagania urzędników i donieść im wszystkie niezbędne pozwolenia, zezwolenia, dokumenty, protokoły i w końcu otworzyć tę kawiarnię! Ale muszę też przyznać, że Maciek, dziewczyny z piaskownicy, przyjaciółki i całe grono innych osób dzielnie mnie wspierało i pomagało, jak tylko potrafiło. Lucek z Miśkiem zajęli się malowaniem, Szefo użyczył busa do przewiezienia wyposażenia, Arletka zajęła się promocją, Maciek ogarniał tysiąc innych rzeczy (jak, kiedy? – nie mam pojęcia), a Malina z Martą czasami biorą dzieciaki pod pachę i zastępują mnie za ladą. I to właśnie oni wszyscy byli pierwszymi gośćmi mojej kawiarni dla dzieci i rodziców, w której dzisiaj spotykamy się nie tylko my, ale też wielu innych mieszkańców naszego miasta.