Jak odkryłam, że mój mąż ma instynkt ojcowski?

Gdyby ktoś mi powiedział 2 lata temu, że z Damiana będzie taki tatuś jak teraz, to chyba bym parsknęła śmiechem. Na początku było co prawda wspaniale – w czasie ciąży pomagał mi jak mógł, cieszył się razem ze mną i szykował wszystko do przyjścia maleństwa na świat. Kiedy urodził się Michał, to nawet przeciął pępowinę i wziął go od razu na ręce, ale od tamtego momentu wszystko się zmieniło…

Pierwsze dni z Michałem

Wyszłam ze szpitala niedługo po porodzie – szybko doszłam do siebie, a mały był zdrowy, nie było więc sensu siedzieć tam dłużej, niż to konieczne. Początkowo korzystałam ze wszystkich uroków macierzyństwa i czerpałam radość z bliskości oraz więzi, jaka nawiązała się między mną a moim synem. Nie zauważyłam wtedy jeszcze, że Damian jest nieco na uboczu tego wszystkiego. Jasne, przed wyjściem do pracy całował w czoło mnie i Michała, ale nie przypominam sobie, żeby brał młodego na ręce, a nawet żeby zmieniał mu pieluszkę! Zorientowałam się dopiero po kilku dniach, że coś jest nie tak… Bałam się, że to moja wina – a jeśli byłam tak zaborcza wobec syna, że jego własny ojciec się od niego odsunął?

Muszę ratować naszą rodzinę!

Byłam przestraszona nie na żarty. Zadzwoniłam do przyjaciółek, które też mają dzieci, ale wcale nie poprawiło mi to humoru – ich mężowie byli oczywiście przykładami idealnych tatusiów z amerykańskiego przedmieścia. Nawet gdyby coś było nie tak, to i tak by się nie przyznały, bo przecież każda z nich ma perfekcyjną rodzinę. No nic, postanowiłam wziąć sprawy we własne ręce i skłonić Damiana do kontaktu z synem.

– Damian, pomóż mi z Michałkiem. Muszę lepić pierogi, a do tego potrzebuję obu rąk, nie mogę go trzymać.

– To połóż go do łóżka, chyba i tak powinien zaraz iść spać.

– Ale jest strasznie marudny, może go trochę ponosisz i uspokoisz?

– Gośka, teraz nie mogę, pamiętasz? Kazałaś mi zawiesić zasłony!

– Prosiłam cię o to tydzień temu, jeden dzień mnie na pewno nie zbawi, no weź go trochę na ręce!

Damian nie wyglądał na zachwyconego, ale zabrał naszego synka i poszedł z nim na kanapę. Podglądałam go dyskretnie z kuchni – prawie się nie ruszał i tylko wpatrywał się w Michała wielkimi oczami. Co to mogło oznaczać?

Instynkt tacierzyński – nie stwierdzono

– Damian, dlaczego go tak dziwnie trzymasz, przytul go, ponoś, on nie jest z porcelany, nie stłucze się.

– Widzisz Gośka… ja go trzymam po raz pierwszy od wyjścia ze szpitala… On jest taki malutki i delikatny, boję się, że mu zrobię krzywdę.

– Zauważyłam, że masz z tym problem. Ale nie tylko z tym. Ty w ogóle nie spędzasz z nim czasu! Nie bawisz się, nie mówisz do niego, nawet na spacery nie chcesz go zabierać. Nie czujesz więzi z własnym synem?

– A jak ja mam się z nim bawić, jak on ledwo na oczy widzi? Poczytam mu, to i tak nie zrozumie. Zresztą Ty jesteś tak nim ciągle zaaferowana, że na pewno mu się nie nudzi.

To zabolało. Właśnie o to się martwiłam – że za dużo czasu poświęcam Michałkowi, a powinnam przecież inicjować wspólny czas z całą rodziną.

Spróbowałam to zmienić – chodziliśmy wszyscy razem do parku, obserwowaliśmy pierwszy uśmiech Michałka, a następnie jego pierwsze kroki. Było lepiej, ale Damian dalej nie spędzał z synem czasu sam na sam.

„Mama”, „tata” i… „noga”?

Michałek zaczął mówić! Najpierw oczywiście artykułował pojedyncze sylaby, ale zaraz potem udawało mu się ich sklecać coraz więcej. Pierwsze słowa wypowiedział dość późno, bo na 4 miesiące przed 2. urodzinami, lecz odmieniło to całkowicie sytuację w domu – aż odetchnęłam z ulgą. Wyrazy, które usłyszeliśmy najpierw, nie zaskoczyły nas – „mama” i „tata”. Trudno się zresztą dziwić, skoro próbowałam mu je przyswoić od 9 miesiąca życia 😉 Jednak trzecie słowo było dla nas zagwozdką. Michał z dumą wypowiadał słowo „noga”. Na początku nie wiedzieliśmy, o co chodzi, lecz pewnego dnia Damian przyniósł piłkę do domu, a Michał od razu zaczął radośnie krzyczeć: „Noga, noga noga!”. Mojemu mężowi stanęły łzy w oczach – czyżby syn od małego miał słabość do jego ukochanej piłki nożnej? Powiedziałam Damianowi, żeby wziął Michałka z piłką na dwór i się z nim pobawił i wtedy stała się rzecz niesłychana. Bez cienia lęku na twarzy wziął naszego synka za rękę i zaprowadził go na placyk przed domem. Bawili się i kopali piłkę chyba przez 3 godziny, a potem wrócili szczęśliwi i umorusani. Kto by pomyślał, że tak prozaiczna sytuacja może wzbudzić silny instynkt ojcowski?

Nasz perfekcyjny dom

Teraz moje koleżanki mogą się schować ze swoimi nudnymi mężami! Mój Damian poczuł zew i w każdy weekend wymyśla coś nowego dla Michała – uczy go już nawet jeździć na rowerze. Kiedy razem grają w piłkę, zbiegają się do nich także inne dzieci z podwórka. Damian ciągle mówi, że nie może doczekać się pierwszych meczów. Od tamtego wydarzenia minęło pół roku i wiecie co? Jeszcze nigdy nie widziałam ojca tak zżytego ze swoim synem. Wszystko przychodzi w swoim czasie, a moje nieudolne próby „stworzenia więzi” między chłopakami wydają się teraz przezabawne 😉